Autor:  Alicja Wołkowska https://www.instagram.com/justbecausepanda/ 

Alicja w Krainie Fluid Art

 

Moja przygoda z fluid art zaczęła się kilka lat temu. Pamiętam to jak dziś. Wiosenny poranek, gruchot gołębia na parapecie (nie ma na nie rady, nie ważne co robisz zawsze wrócą na parapet), powiew świeżego krakowskiego powietrza… co może być piękniejszego? I wtedy zrozumiałam. Te białe (a właściwie już szare) ściany potrzebują trochę koloru. Odkąd pamiętam coś tworzyłam, od figurek z kredy albo masła (tak, masła), po zbroje i kostiumy z termoplastiku. Jednak nigdy wcześniej nie stworzyłam obrazu, takiego poważnego, z przytupem. Żyjemy w pięknych (z ograniczeniami ale jednak pięknych) czasach, gdzie dostęp do informacji jest prawie nieograniczony (gdyby nie to buforowanie…) więc postanowiłam poszukać łatwych w wykonaniu obrazów. Ponieważ średnio mi idzie malowanie pejzaży, a kaczka w moim wykonaniu wygląda jakby w swoim życiu przeszła zbyt wiele, postanowiłam zobaczyć o co chodzi w abstrakcji.

Niezbadane są siły przeznaczenia. W tym samym czasie, w moim miejscu pracy, zespół postanowił, że wszyscy idziemy na warsztaty z malowania abstrakcji. Na warsztatach poznałam techniki malowania szpachlą, co strasznie mi się spodobało, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłam. Poza tym wszystko było doszczętnie upaprane w farbie, a to mnie zawsze dodatkowo cieszy. Po powrocie do domu zaczęłam szukać podobnych technik i wpadłam na lane obrazy. Polegają one na mieszaniu farby akrylowej z różnymi specyfikami do uzyskania konsystencji ciasta na naleśniki (tak wiem, to jest pojęcie bardzo względne, każdy inaczej przygotowuje naleśniki). Następnie tak przygotowaną miksturę różnych kolorów wylewamy na płótno w różnej kolejności. Można ją przeciągać chusteczkami, przelewać przez sitko, rozdmuchiwać suszarką… ilość metod i sposobów jest chyba nieskończona. Możecie sobie wyobrazić moje szczęście gdy mogłam szaleć z farbą i przy okazji zrobić coś ładnego (ponownie, pojęcie względne i kwestia gustu). Mniej uradowana była moja podłoga, meble i dywan, bo wylewałam obrazy w jadalni. Oglądając prace innych, zauważyłam piękne obrazy stworzone za pomocą tuszy. Zwiewne, delikatne, niczym spojrzenie elfa z trylogii Tolkiena. Jestem istotą bardzo ciekawską więc musiałam i tego wypróbować. Nakupiłam tuszy jak szalona i zaczęłam. Zabawa tuszami alkoholowymi wygląda tak, że na specjalnym, syntetycznym papierze wylewamy tusze alkoholowe, mieszamy je ze specjalnym blenderem (wszystko jest specjalne!) lub spirytusem i rozprowadzamy po kartce za pomocą słomki, paluszków, suszarki… co tam nam przyjdzie do głowy. Również i tu metod jest pełno i ciężko się nudzić. Dodatkowo… złoty tusz alkoholowy jest nie do pobicia, jeśli praca się nie uda, wystarczy nalać na nią trochę tuszu i już mamy arcydzieło. Zauważyłam, że wiele osób zalewa swoje obrazy żywicą epoksydową. Oczywiście musiałam spróbować, bo wyglądało to zbyt pięknie. Obrazy stworzone lub zalane żywicą wyglądają niczym lustro za którym kryje się inny wszechświat.

Początki z żywicą również łatwe nie były. Żywica wiele nie wybacza. Trzeba się z nią obchodzić odpowiednio, szanować ją, delikatnie dobierać kolory i może wtedy łaskawie postanowi, że będzie współpracować. Żywica ma również to do siebie, że można nią nie tylko malować obrazy, ale również tworzyć figurki, podkładki, wszelkie elementy dekoracyjne jakie możemy sobie wyobrazić (oczywiście przy okazji załapałam bakcyla i zaczęłam robić własne formy silikonowe, żeby wylewać przeróżne elementy z żywicy). Dzięki żywicy zaczęłam tworzyć własne małe figurki jednorożców! Czego można chcieć więcej od życia? Mój własny jednorożec, w wybranych przeze mnie kolorach, jeszcze mogę mu na grzbiet przyklejać cyrkonie! Zabawy z żywicą jest wiele. Płaczu też, zwłaszcza jak się nie zauważy, że spłynęła na podłogę lub się zagotowała w formie.

Moja pasja do tworzenia doprowadziła do tego, że założyłam firmę artystyczną i obecnie prowadzę warsztaty z różnych metod fluid artu w Krakowie. Fluid art jest dla wszystkich, nie trzeba umieć narysować gawrona siedzącego na osiołku który pędzi przez plażę o zachodzie słońca, nie trzeba nawet tego słońca umieć namalować. Wystarczy odrobina tuszu, szczypta pigmentu, pół kubeczka żywicy i mamy coś pięknego. Nie ma też nic lepszego od uczucia, gdy po całym tygodniu pracy zarzucamy na siebie fartuch, chwytamy w rękę kieliszek wina (lub wody, co tam kto woli), bierzemy baniaczek żywicy i zaczynamy tworzyć jednorożce lub obrazy.  Prowadzenie warsztatów jest również niesamowite. Dzięki nim poznałam mnóstwo cudownie kreatywnych ludzi (niektórzy nawet nie zdawali sobie sprawy z tego jak bardzo są kreatywni) którzy swoją energią i radością z tworzenia motywują mnie by dalej eksperymentować, tworzyć i niszczyć.

I z tym przesłaniem chciałam skończyć. Spróbujcie fluid artu, każda z metod jest cudowna na swój sposób i każdy znajdzie w tym coś dla siebie. Święta już niedługo, może w tym roku obdarujecie rodzinę i znajomych nowymi obrazami? 

Podaj maila i otrzymaj magazyn 🙂

Twój magazyn już do Ciebie szybuje... 😉 Sprawdź SPAM!

Dziękuję za rejestrację

Sprawdź również:

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *